Maroko, czy coś zostało w Casablance?

W Tangerze znaleźliśmy się przypadkowo, nie był w planach naszej wyprawy, ale łapanie stopa rządzi się swoimi prawami.

To tutaj poznaliśmy smaki prawdziwej marokańskiej kuchni. I trzęśliśmy się ze strachu w tutejszych slamsach. Jednak czytając przewodniki mieliśmy nadzieje na znalezienie śladu miasta z lat ’50 XX wieku.

Trochę zagłębiając się w historii – Tanger nazywany wrotami Afryki, już od XIX wieku był licznie odwiedzany przez turystów. Dzięki swojemu położeniu, koło cieśniny Gibraltarskiej, aktualnie jest często wybierany przez zwiedzających z Hiszpanii na jednodniową wycieczkę.

Jeszcze 60 lat temu miasto nie należało do Królestwa Maroka, a było strefą międzynarodową. To tutaj prężnie rozwijała się szeroko pojęta sztuka, było to miasto wyjęte spoza kanonów jakiejkolwiek moralności. Wolności obyczajowej, gwarantowanej przez prawo, mogłoby pozazdrościć niejedno współczesne państwo. Z tego miasta sprzed półwiecza zostało tyle, co nic. Turyści szukający dekadenckiego klimatu mocno się rozczarują. Szansą na odczucie tego przygasającego nastroju będzie wizyta w Cafe de Paris. Europejską artystyczno-nostalgiczną atmosferę w pełni wyparły arabskie zwyczaje i kuchnia. Hostel znaleźliśmy w bardzo bliskiej odległości od meczetu, przez co już o 5 rano budziło nas wzywanie do modlitwy. Bliskość islamskiej świątyni miała też pozytywne strony, wieczorem mogliśmy być świadkiem muzułmańskiego ślubu.

Nasze serca zdobyła marokańska kuchnia, mieliśmy okazję skosztować dań z wielbłąda. Tutaj królują dania na słodko. Nie udało nam się znaleźć żadnej potrawy bez dodatku śliwek, moreli lub innych słodkich owoców. Dawka cukru, które dziennie przyjmowała lokalna społeczność, stała się dla nas bardzo problematyczna. Marokańczycy nie jedzą innych śniadań, obiadów, przekąsek, niż te, które składają się z minimum 50% cukru.

Skończyło się to, w naszym przypadku, żywieniem przez połowę wyjazdu mlekiem i chlebem, bo tylko te dwa produkty nie były na słodko. Wśród moich znajomych panuje niezbyt pochlebna opinia dotycząca traktowania kobiet w arabskich krajach. Niestety, ale chociażby po wizytach w tutejszych restauracjach, ich obawy się potwierdziły. Ja i moja współtowarzyszka byłyśmy w zupełnie inny sposób traktowane od naszego kolegi. Abstrahując od tego, że do większości restauracji nie miałyśmy wstępu, to jak już udało się nam znaleźć taką, która obsługuje kobiety, nie miałyśmy możliwości zajęcia miejsca w środku. Zawsze musiał to być ogródek przy restauracji.

Marrakesz jest chyba najsłynniejszym obok Casablanki miastem w Maroku. Aby do niego dotrzeć wybraliśmy się w podróż nocnym pociągiem z Tangeru. Pociągi wyglądają bardzo podobnie do naszych są czyste i dość nowoczesne, jednak nie są tanie. Wybraliśmy klasę II do przebycia podróży, kierując się głównie ceną. W pustym pociągu wybraliśmy jedyny przedział, w którym nie paliło się światło. Nie mieliśmy jednak żadnych podejrzeń, że może nas w nim czekać coś zaskakującego. Kojarzycie te wszystkie straszne memy, gdzie na czarnym tle można dostrzec tylko ludzkie oczy? Dokładnie to spotkało mnie, kiedy zaglądałam pod siedzenia… Po oczach pojawiła się dłoń, a mi towarzyszyły krzyki moich współtowarzyszy. Okazało się, że strach był na wyrost, bo spod siedzeń wygrzebała się dwójka małych chłopców próbująca odbyć przejazd na gapę. Marrakesz powitał nas niesamowitymi barwami festiwalu, który odbywał się na głównym placu w mieście tj. Dżami al.-Fan. Ponad setka stoisk z regionalnymi potrawami zachęcała do skosztowania praktycznie wszystkiego.

Przy każdym straganie stał przynajmniej jeden naganiacz, który oferował każdą możliwą promocję. Nie zabrakło też fałszywych klientów, którzy na pokaz zachwalali dania każdemu kto przechodził koło stoiska. Oprócz jedzenia na placu można było kupić dosłownie wszystko. Dużą popularnością cieszyły się ,,firmowe” papierosy i ubrania.

Ze wszystkich miejsc odwiedzonych przez nas w Maroku, Marrakesz okazał się najbardziej turystyczny. Nie do końca dało się poczuć tutaj jakikolwiek klimat z powodu panującego ścisku i dużego hałasu. Casablance zostawiliśmy sobie jako ostatni punkt do zwiedzenia. Nie mogę napisać wiele o tym mieście.

W mojej opinii nie ma żadnego charakteru. Wygląda bardzo nowocześnie i jawi się jako wielkie centrum biznesowe całego kraju. Nie do końca wiadomo jak turysta miałby tutaj spędzić swój czas. Próżno szukać śladów krajobrazu, który można odnaleźć w filmie o tej samej nazwie, nic w niej nie zostało…

Autor: Magdalena Czeluśniak